Kagero Publishing

okrety ws02 aero05 sm06 mwsp03 amia04 Okrety01 mil

Back Jesteś tutaj: Start Wywiady Wywiady ARMII Idei dżihadyzmu nie da się zabić

Wywiady

Idei dżihadyzmu nie da się zabić

O bilansie i ewolucji globalnej wojny z terroryzmem oraz jej przyszłości z profesorem Ryszardem Machnikowskim z Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego rozmawia Robert Czulda

– Tak zwana wojna z terroryzmem toczy się już 10 lat. Jaki jest jej bilans?
– Najtragiczniejszy bilans to oczywiście co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w większości przypadkowych ofiar tej wojny na niemal wszystkich kontynentach, którzy mieli pecha po prostu znaleźć się w złym czasie i w złym miejscu. Militarny to obecność wojskowa Amerykanów i ich sojuszników w wielu miejscach, w których przed dekadą ich nie było. Polityczny to wzbudzenie nieprawidłowego przekonania, jakoby terroryzm islamistów był największym problemem i zagrożeniem dla państw zachodnich, co odciąga uwagę od innych, bardziej fundamentalnych kwestii. To także wzrost popularności partii i ruchów antyemigranckich w Europie Zachodniej. W skali globalnej to zmiana roli i pozycji Rosji, Chin oraz Indii. Ekonomiczny bilans to zwiększone wydatki na siły zbrojne i ogólnie bezpieczeństwo w Stanach Zjednoczonych i niektórych państwach zachodnich, co nie poprawia ich płynności finansowej i dyscypliny budżetowej – choć oczywiście „globalna wojna z terrorem” nie jest przyczyną kryzysu gospodarczego na Zachodzie, to niemniej jednak nie poprawia bilansu płatniczego i nie przyśpiesza wychodzenia z trudności.

– Przez ostatnie 6 lat na obszarze państw NATO nie było poważnego zamachu terrorystycznego. Czy to nie dowód na to, że wygrywamy?
– To dowód na to, że wprowadzone w państwach zachodnich systemy ochrony przeciwterrorystycznej są, jak na razie, skuteczne, choć kilka razy mocno wspomagało je szczęście. Przeprowadzenie znaczącego zamachu terrorystycznego w państwach zachodnich i Stanach Zjednoczonych jest dziś znacznie trudniejsze niż przed 11 września, niemniej jednak, jak na to wskazuje przypadek Breivika, wciąż możliwe. Dzięki amerykańskiej ofensywie na pograniczu afgańsko-pakistańskim zdobyliśmy z całą pewnością przewagę nad siatkami tam ulokowanych terrorystów. Problem jednak w tym, że dziś siatki te działają globalnie i nikt, nawet Amerykanie, nie są w stanie wywalczyć takiej przewagi wszędzie, gdzie jest to niezbędne. Niemniej jednak po 10 latach trwania tej „długiej wojny” pozwolę sobie na ostrożny optymizm – możliwości Al Kaidy, jej franczyz i grup afiliowanych zostały w znaczący sposób zredukowane. Symbolicznym tego dowodem jest zabicie lidera tej organizacji w Pakistanie na krótko przed 10. rocznicą wydarzenia, które przyjmuje się jako początek globalnej wojny z terroryzmem.

– Amerykańska gospodarka jest w wyraźnym dołku, siły zbrojne są zmęczone. Czy kontynuowanie tej wojny nie doprowadzi w końcu do „wykrwawienia” się Stanów Zjednoczonych?
– Też chciałbym wiedzieć… Jak już wspomniałem, ten wysiłek wojenny nie sprzyja szybszemu wychodzeniu z kryzysu. Jednym z celów Bin Ladina było wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w kosztowne ekonomicznie i politycznie działania i to, w pewnym sensie, mu się udało. Jednak wydatki wojskowe Waszyngtonu nie są większe niż w czasie trwania „zimnej wojny”, nie mówiąc już o drugiej wojnie światowej, zatem nie są balastem ponad siły amerykańskiego podatnika i chińskiego właściciela amerykańskich obligacji. Stany Zjednoczone to kraj o wciąż gigantycznym potencjale i status ekonomiczny tego państwa będzie się rozstrzygał z dala od pól bitewnych. Zaangażowanie się w walkę z islamskimi radykałami odciągnęło nieco uwagę od innych, bardziej „tradycyjnych” obszarów problemowych, na czym oponenci i konkurenci Stanów Zjednoczonych z całą pewnością zyskali.

– W ostatnich latach pojawiły się informacje o wzroście radykalizmu wśród muzułmanów żyjących we Francji, Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych. Czy możemy mówić o rodzeniu się V kolumny? Czy to duże zagrożenie?
– Nie, uważam, że nie powinno się, a wręcz nie wolno, używać terminu V kolumna w odniesieniu do środowisk muzułmańskich w Europie w kontekście tzw. globalnej wojny z terrorem, nie jest to bowiem wojna z muzułmanami. Warto przypomnieć, że zdecydowana większość ofiar tej wojny to muzułmanie zabijani przez swoich współbraci w wierze. Nikt nie pozwoliłby sobie na uznanie np. wszystkich Niemców za potencjalnych nazistów lub Norwegów za krzyżowców. Zdecydowana większość zachodnioeuropejskich muzułmanów to lojalni obywatele swoich krajów – gdyby tak nie było, mielibyśmy dziś do czynienia z wojną religijną, a nie z „terroryzmem”. Tak jak w każdym kraju zamieszkiwanym przez muzułmanów, także w krajach Europy Zachodniej, w których znajdują się ich znaczące skupiska, zaobserwowano proces radykalizacji pewnej ich części, która jest zdecydowaną mniejszością, choć trudno tu o precyzyjne wskaźniki zarówno stopnia radykalizmu, jak i wielkości liczbowej tych środowisk. Te środowiska muzułmańskich radykałów dają oparcie dla struktur terrorystycznych, nie reprezentują jednak większości muzułmanów.

– Czy rozpętanie wojny z Irakiem i Afganistanem było odpowiednią reakcją na zamachy z 11 września 2001 roku?
– Reakcja Amerykanów była wymuszona skalą zamachu z 11 września – być może skuteczniejsza byłaby akcja o bardziej „dyskretnym” charakterze, tyle tylko, że Stany Zjednoczone musiały odpowiedzieć zdecydowanie i spektakularnie. Inwazja na Afganistan i pozbawienie władzy talibów były niezbędnym minimum, zmuszając kierownictwo Al Kaidy do ucieczki i poświęcenia znacznej części swej aktywności na ukrywanie się przed amerykańskim odwetem. Była to więc reakcja odpowiednia i początkowy jej efekt, choć nie idealny, wydawał się być zadowalający. Po zwycięskiej interwencji w tym kraju i pójściu talibanu w rozsypkę pojawił się problem co dalej… „Przy okazji” globalnej wojny z terrorem postanowiono ostatecznie zakończyć kwestię Saddama Husajna, choć nikt o zdrowych zmysłach nie traktował go jako protektora organizacji Bin Ladina, a zagrożenie iracką bronią masowego rażenia od początku wyglądało na naciągane.

– Czy zgodziłby się Pan ze stwierdzeniem, że była to wojna nie mająca jakiegokolwiek związku z sytuacją jaka zaistniała po 11 września?
– Nie. Stany Zjednoczone musiały pokazać, że nie wycofają się militarnie z Większego Bliskiego Wschodu, a planowały redukcje swoich sił w Arabii Saudyjskiej, czyli… spełnienie jednego z głównych postulatów Usamy. Aby móc okazać słabość (w Arabii Saudyjskiej) Waszyngton musiał pokazać siłę (w Iraku), choć jest to dobra ilustracja powiedzenia, że kowal zawinił, a Cygana powiesili… Wybór Iraku był oczywisty – inwazję na to państwo dawało się uzasadnić, relatywnie łatwo przeprowadzić i zyskać w ten sposób bazę w pobliżu Iranu i Syrii – państw będących przedmiotem szczerej „troski” Stanów Zjednoczonych zarówno z powodów autonomicznych (sponsorowanie terroryzmu) jak i jako zagrożeń dla takiego sojusznika jakim był i jest Izrael. Ponadto, otwarto pole bitwy z Ameryką dla radykalnych muzułmanów, odciągając ich od granic Stanów Zjednoczonych.

– Czy kwestia surowców miała znaczenie?
– Był to czynnik istotny. Stany Zjednoczone liczyły się wtedy z możliwością obalenia rządu Saudów w Arabii – gdyby, co wtedy wydawało się możliwe, doszło tam do rewolucji na skalę Iranu, gospodarka światowa, która znajdowała się pod pieczą Ameryki, bardzo by na tym ucierpiała – radykalni sunnici kontrolujący jedną czwartą zasobów ropy byliby o wiele bardziej groźni niż irańscy radykalni szyici. Saddam był po prostu tym pionkiem, którego łatwo dało się strącić z szachownicy, by kontynuować globalną grę…

– Amerykańskie zaangażowanie w Iraku i Afganistanie to jedno, a udział Polski to zupełnie inna kwestia. Opinia publiczna nad Wisłą nie widzi powodów, dla których wysłaliśmy żołnierzy na obie te wojny. Po co to zrobiliśmy?
– Zrobiliśmy to, gdyż chcieliśmy wykazać, że jesteśmy sojusznikiem, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, na którego można liczyć w sytuacji próby. Nie było to związane z żadnymi realnymi interesami naszego kraju na Bliskim Wschodzie i Azji Środkowej, gdyż takowych nie posiadamy, ale wynikało z oczywistego faktu, że Polska nie jest krajem, który posiada zdolność samodzielnej obrony własnego terytorium w wypadku konfliktu zbrojnego z silniejszym przeciwnikiem, zatem nasze bezpieczeństwo zależy od reakcji naszych sojuszników, głównie Stanów Zjednoczonych i ich solidarności. Uczestnicząc w interwencjach w Afganistanie i Iraku chcieliśmy stworzyć moralne zobowiązanie do odwzajemnienia tej pomocy w przypadku, gdyby to nasz kraj znalazł się kiedyś w podobnych jak Gruzja opałach. W takiej sytuacji chcielibyśmy, żeby na Placu Piłsudskiego pojawiła się co najmniej delegacja prezydentów wielkich krajów europejskich, pod przewodnictwem prezydenta Stanów Zjednoczonych, która powstrzymałaby marsz obcych wojsk na stolicę. Nie eksplikuje się tego otwarcie, ale takie było uzasadnienie naszych działań, pomijam tu oczywiście inne, bardziej przyziemne motywacje polityków podejmujących te decyzje.

– Większość społeczeństwa zdaje się nie uważać, by Polska była faktycznie zagrożona międzynarodowym terroryzmem i że nad Wisłą mogłoby dojść do podobnego ataku, jak w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii. Jaka jest Pana opinia na ten temat?
– Nie można się temu dziwić, gdyż jest to typowa reakcja społeczeństw, które nie miały okazji zetknąć się z poważnym aktem terroryzmu, a nasze do takich należy. Do 22 lipca większość Norwegów zapewne uważała, że jest to najbezpieczniejszy kraj na świecie. Przekonanie to będzie powszechne do momentu, gdy ktoś, tak jak w Norwegii, brutalnie nie rozbije tej iluzji. Natura zagrożenia terrorystycznego, poza miejscami takimi jak Izrael, niegdyś Sri Lanka, czy dzisiejszy Afganistan lub Pakistan, gdzie jest powszechne, jest taka, że dopóki coś się nie stanie, (prawie) wszyscy myślą, że to zagrożenie nierealne.

– Czy jesteśmy więc potencjalnie zagrożeni terroryzmem?
– Tak, chociażby w kontekście organizowania takiej imprezy jak EURO 2012. Nie sądzę, byśmy byli adekwatnie przygotowani do tego zagrożenia. Jak do tej pory nie podjęto w tej sprawie właściwych działań, i sądzę, że to się nie zmieni. Jeżeli w Polsce nie dojdzie do aktu terroryzmu, to nie dlatego, że sami potrafiliśmy temu zapobiec, tylko dlatego, że nikt nie będzie chciał (uzna cel za mało atrakcyjny) lub nie będzie mógł (struktury terrorystyczne zostaną rozbite przez działania innych państw) uderzyć w naszym kraju. Jeżeli natomiast pojawi się u nas ktoś podobny do Breivika, to (prawie) nikt istotny nie poniesie odpowiedzialności za skutki swoich zaniedbań. Wyraźnie na to wskazuje casus katastrofy smoleńskiej, o której też myśleliśmy, że się nigdy nie zdarzy, a która ujawniła skalę rozkładu instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa. Jej skutkiem jest jedynie to, że prezydent przesiadł się na loty rejsowe, co nie wymaga jakiejś szczególnej aktywności ani wysiłku państwa.
Zyskaliśmy natomiast duże doświadczenie w organizowaniu pogrzebów, które można w takiej sytuacji wykorzystać. Myślę, że jaśniej nie da się już wyrazić swojego stanowiska w tej sprawie.

– Wróćmy do globalnej wojny z terroryzmem. Siły koalicji, w tym Amerykanie, planują w ciągu najbliższych lat wycofać się z Afganistanu. Czy nie będzie to w praktyce fiasko Zachodu?
– Nie sądzę, by pozwolono sobie na powtórzenie błędu z końca lat osiemdziesiątych, kiedy to po wycofaniu wojsk sowieckich z tego kraju amerykańskie administracje utraciły zainteresowanie tym newralgicznym obszarem. 11 września jest tragicznym memento co może się stać, gdy pozwoli się na chaos i anarchię w tym regionie świata. Myślę, że podobnie jak w Iraku, także w Afganistanie, Amerykanie będą starali się działać adekwatnie do bieżącej sytuacji na miejscu. Deklaracje deklaracjami, a interes interesem – deklaracje zawsze można zmienić podając jakieś uzasadnienie. Być może część zadań przejmą od amerykańskiej armii amerykańskie prywatne kompanie militarne (PMCs). Gdyby oczywiście, niezależnie od sytuacji, wojska amerykańskie opuściły Irak i Afganistan, narażałyby się na zaprzepaszczenie tego, co w tych trudnych miejscach udało się osiągnąć.

– Trudno nie zapytać o Libię i Egipt. Czy obalenie Kadafiego i Mubaraka nie doprowadzi do przejęcia w tym kraju władzy przez islamskich radykałów?
– Sądzę, że nie, choć jest to, podobnie jak przypadek innych krajów w których doszło do przemian, empiryczny test, który dopiero wykaże realny wpływ środowisk islamskich radykałów na arabskie społeczeństwa… Mam wielką nadzieję, że ten test wypadnie dla Zachodu pozytywnie. Gdyby miało być inaczej i radykałowie przejęli władzę choćby w jednym z tych krajów oznaczałoby to poważne wzmocnienie grup skrajnych i wzrost zagrożenia terroryzmem. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, co nie znaczy, że nie ma innych zagrożeń – na przykład sytuacji, w której pogłębiający się chaos będzie sprzyjał powstaniu enklaw, w których ekstremiści będą działali względnie swobodnie – mam tu oczywiście na myśli przypadek podobny do Somalii czy pobliskiego Jemenu. Nie byłoby to tak groźne jak to, o co Pan pyta, ale stanowiłoby wystarczająco poważne zagrożenie, nad którym nie można przejść do porządku dziennego. Konieczne byłoby zatem podjęcie działań redukujących takie ryzyko, co ma zresztą miejsce w przypadku wspomnianych przeze mnie państw.

– Istnieje pogląd, że walka z terrorystami nie powinna być domeną żołnierzy, lecz przede wszystkim policji oraz agend rządowych, które usuwałyby społeczne przyczyny radykalizmu – biedę i wykluczenie. Czy zgodziłby się Pan z takim stwierdzeniem?
– Oczywiście, że nie. Po pierwsze, bieda i wykluczenie nie są istotnymi czynnikami determinującymi radykalizm. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy ograniczać tych negatywnych zjawisk, wręcz przeciwnie, trzeba poświęcać im wiele uwagi i środków materialnych. Jednak teza o biedzie jako „przyczynie” terroryzmu nie ma wsparcia empirycznego. To teza o charakterze ideologicznym, głoszona przez środowiska, które w ten sposób chciałyby, chociaż po części, usprawiedliwić działania terrorystów. Argument stosowany w tym wypadku jest taki: „oczywiście, terroryści czynią źle, ale… są do tego zmuszeni przez okoliczności zewnętrzne, zatem powinniśmy przyjąć także ich racje…”. Tymczasem źródła terroryzmu biją zupełnie gdzie indziej.

– Czy więc wojsko jest odpowiednią instytucją do jego zwalczania?
– Współczesny terroryzm ma charakter międzynarodowy, globalny, zatem policja nie ma ani wystarczających prerogatyw ani środków, by się z tym problemem zmierzyć. Konieczna jest współpraca, współdziałanie i koordynacja przedsięwzięć podejmowanych przez służby dyplomatyczne, specjalne, wojsko, siły policyjne, wymiar sprawiedliwości, i inne agendy rządowe umożliwiające skuteczną prewencję. Konieczne jest zatem utworzenie jednolitego systemu kontrterrorystycznej ochrony państwa, którego celem działania jest niedopuszczenie do zaistnienia poważnego aktu terroryzmu, a nie działania post factum. Służby policyjne najczęściej, choć nie zawsze, reagują po zaistnieniu jakiejś sytuacji, tymczasem w przypadku współczesnego terroryzmu niezbędne jest działanie wyprzedzające, jak to się ładnie określa proaktywne. Prewencyjne uderzenia na kryjówki terrorystów za granicą są domeną sił i służb specjalnych, nie policji, a takie działania są, niestety, dzisiaj niezbędne, by ochronić ludność przed skutkami niszczącego ataku. Sądzę przy tym, że zdecydowanie będzie się odchodzić od pełnowymiarowych militarnych inwazji na państwa, w których występują enklawy terrorystów – negatywne doświadczenia z Afganistanu są tu aż za bardzo wymowne. Zresztą na tego typu działania stać bardzo ograniczoną grupę państw.

– Czy nasz przeciwnik – w swej strukturze, celach działania i strategii – ewoluuje?
– Tak, oczywiście. Al Kaida na początku była „notesem” Bin Ladina – spisem bojowników, głównie arabskich, którzy w swym mniemaniu pokonali Sowietów w Afganistanie i szykowali się do zwycięskiego starcia z kolejnym supermocarstwem. Później przyjęła kształt organizacji, gdy jej lider i kierownictwo mogło działać względnie swobodnie goszczone przez władców Sudanu, a później Afganistanu. Po 11 września i zdecydowanej kontrakcji Amerykanów i ich aliantów musiała przekształcić się, zgodnie z hasłem najwybitniejszego chyba swojego stratega, Mustafy Setmariama Nasara, w „system, a nie organizację” tworząc tzw. „sieć sieci” i dając podwaliny do powstania globalnego ruchu społecznego o charakterze zbrojnym.

– Jak przebiegał ten proces?
– Utworzył on sieć „franczyz”, głównie w Afryce Północnej, Większym Bliskim Wschodzie i Azji Środkowej, wykorzystał także potencjał tkwiący w Europie Zachodniej do przeprowadzenia zamachów w Madrycie, Amsterdamie i Londynie. Al Kaida zrewitalizowała także ideę dżihadu wpływając na ruchy takie jak np. Al Shabaab w Somalii czy Boko Haram w Nigerii. Choć tzw. Centrala Al Kaidy na pograniczu afgańsko-pakistańskim znajduje się dziś w zdecydowanym odwrocie, i jej wpływ na pewien czas może osłabnąć, to nie oznacza, że mamy już sprawę załatwioną. Struktura współczesnego islamizmu jest wysoce złożona i nie wiadomo dokładnie kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach zyska lidera podobnego do Usamy Bin Ladina. Można zabić człowieka, zlikwidować organizację, idee jednak pozostaną i będą czekać, by paść na podatny społecznie grunt. W dobie Internetu nie da się zapobiec ich rozpowszechnianiu.

– Na ile terroryzm islamski jest spójny ideologicznie? Czy istnieją w nim odłamy, grupy o sprzecznych celach?
– Terroryzm jest jedynie jedną z metod działania islamskich radykałów, którzy tworzą wiele odłamów dżihadyzmu. Historycznie rzecz biorąc pod koniec sowieckiej okupacji Afganistanu, gdy było już wiadomo, że Sowieci wyjdą z tego kraju, w łonie organizacji dżihadystycznych toczył się spór o to co robić dalej. Czy wrócić do swoich krajów i zająć się walką z apostatycznymi reżimami w krajach muzułmańskich, czy, i to była idea Bin Ladina, próbować uderzyć w „głowę hydry”, czyli głównego protektora tych reżimów, za jakiego uznawano Stany Zjednoczone. Tzw. „absolwentów afgańskich” odnajdziemy na czele każdej większej rebelii organizowanej przez muzułmańskich radykałów od Algierii po Filipiny. Bin Ladin wspierał również lokalnych bojowników, chciał jednak wykorzystać ten potencjał do uderzenia w Amerykę, co mu się w końcu powiodło. Trzeba jednak pamiętać, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala, a przeciwnik Al Kaidy, czyli Stany Zjednoczone, gdy już zyskał motywację do zniszczenia tej organizacji, sięgnął po potężne możliwości. Obecnie może nastąpić odwrót od idei Bin Ladina na rzecz powrotu do zamiarów zwalczania lokalnych reżimów, gdyż są one znacznie słabsze niż Stany Zjednoczone, także tych osłabionych tzw. „arabską wiosną ludów”, w oczekiwaniu na powrót lepszych czasów. Ostateczne cele nie są sprzeczne, gdyż chodzi o odbudowę Kalifatu – spory jednak toczą się o to jak, gdzie i jakimi metodami to osiągnąć.

– Czy samo zjawisko terroryzmu ewoluowało przez ostatnią dekadę?
– Tak, gdyż jest to dekada wielu eksperymentów. Terroryści próbują pokonać nowe, niekiedy niesłychanie wyrafinowane zabezpieczenia wprowadzone po 11 września. Dobrym przykładem może być tu „bombowa bielizna” Abdulmutallaba, Nigeryjczyka, który próbował wysadzić w powietrze samolot z Amsterdamu do Detroit. Udało mu się przemycić na pokład samolotu materiał wybuchowy, który jednak na szczęście nie zdetonował. Praktycznie każdy aspekt terrorystycznej działalności zyskał więc nowy wymiar, hartując się w konfrontacji z kontrterrorystami. Od pewnego czasu analizy renomowanych ośrodków studiów nad terroryzmem zwracały uwagę na rosnące zagrożenie płynące ze strony tzw. samotnych terrorystów i jakby na potwierdzenie tych analiz pojawił się Anders Behring Breivik, który skalą swego działania dorównał niegdysiejszym organizacjom terrorystycznym. Trudno mi jednak przyjąć bez zastrzeżeń tezę, by amator-samotnik przeprowadził tak skutecznie atak na taką skalę, zabijając własnoręcznie z zimną krwią kilkadziesiąt osób, niszcząc centrum europejskiej stolicy i nie popełniając na koniec samobójstwa. To nowa jakość, z którą pewnie przyjdzie się nam jeszcze zmierzyć.

– Media uznały, że śmierć bin Ladena była wielkim ciosem dla Al Kaidy. Czy to prawda?
– Tak, gdyż zginął ojciec-założyciel organizacji, którą jedyne pozostałe po zimnej wojnie supermocarstwo mianowało, nieco na wyrost, swoim głównym wrogiem na początku nowego stulecia. Jak wielkie znaczenie symboliczne ma ten fakt, przede wszystkim dla amerykańskiej psychiki, pokazuje reakcja zwykłych obywateli na ulicach miast. Nie mając dostępu do materiałów wywiadowczych zdobytych w posiadłości bin Ladina trudno jest ocenić, jaka była jego rzeczywista rola w organizacji od chwili, gdy osiadł w Abottabadzie, nie można jednak wykluczyć, że nie ograniczał się on jedynie do „inspiracji”. Śmierć bin Ladina trzeba jednak rozpatrywać w szerszym kontekście – prawdziwej eksterminacji kierownictwa Al Kaidy i jej działaczy średniego szczebla na pograniczu afgańsko-pakistańskim, jaka ma miejsce od blisko dwóch lat. Ta wyjątkowa skuteczność Amerykanów może świadczyć tylko o jednym – o zbudowaniu imponujących zdolności wywiadowczych w regionie, które sprawiają, że amerykańskie ciosy nie trafiają w próżnię. Likwidacja Usamy i innych komendantów daje nadzieję na znaczące ograniczenie zdolności tej struktury islamistów, niektórzy mówią wręcz o jej wyeliminowaniu. Oczywiście, byłoby to pożądane, nie wiadomo jednak, czy realne.

– Czy wojna z terroryzmem kiedyś się zakończy?
– Zakończy się wtedy, gdy ludzie odrzucą terroryzm jako metodę realizacji swoich planów politycznych lub ich ekspresji. Nikt nie wie czy, a jeżeli tak, to kiedy może to nastąpić. Ja jestem tu bardziej niż sceptyczny. Nie oznacza to oczywiście, że wojna z poszczególnymi organizacjami terrorystycznymi nie może dobiec końca – można je pokonać, jak Tamilskie Tygrysy na Sri Lance, lub skłonić do porzucenia terroryzmu i wejścia do polityki, jak IRA w Irlandii. Sądzę jednak, że w przypadku islamizmu ani jedno, ani drugie zadanie nie należy do najłatwiejszych…

Najnowsze wiadomości

zapraszamy do sklepu    •    sklep.kagero.pl

nowosci portal